List w butelce?

Gdzie byłam jak mnie nie było? W jednej z ulubieńszych bajek z dzieciństwa śpiewali (a lektor – mistrz – tłumaczył): „Bywa tu, bywa tam, bywa też gdzie indziej”. Niezmiennie pieję nad czytnikiem, oceniam książki i jaram się otrzymanymi plusikami, które, tak jak punkty w Whose Line Is It Anyway, nie mają znaczenia :) I tak, po niedawej lekturze „Listu w butelce” i próbie zmęczenia filmu (kto wybierał aktorów? eh, Owen Wilson załatwiłby sprawę)  poddałam się romantycznemu nastrojowi i przeczytałam kolejne romansidło – „Marcowe fiołki”. Ogłaszam, że na jakiś czas mam dosyć i wracam do szwedzkich kryminałów, bo od tej miłości zaczynam rzygać tęczą. A wolałabym jednak twardo stąpać po ziemi i co najwyżej potknąć się o własne nogi niżo wyimaginowane wytwory wyobraźni.

„Ułamek sekundy niech nie decyduje…”

Sądziłam, że nie jestem sentymentalna. Bezceremonialnie wyrzuciłam wszystkie (tak mi się wydawało) papierowe pamiętniki, jakie kiedykolwiek zapisałam. Nie pamiętam – znaczy, że nie istnieje. Tak jest prościej. Łatwiej odnowić znajomości, bez kierowania swoich myśli ku przedawnionym żalom. Czysta karta, otwarty umysł.

Okazało się jednak, że, to co mogę sobie myśleć – to jedno, a co jest naprawdę – to drugie. Czasem wystarczy jedno spojrzenie, gest, zdjęcie, piosenka, a sentymenty pokazują, że wcale nie znikają, a jedynie były ignorowane przez bardzo długi czas i kumulowały się gdzieś tam w podświadomości.  Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że wspomnienia próbują mną zawładnąć.
Na moje nieszczęście, część zapisków, które dawno temu bardzo dobrze ukryłam (akurat!), się odnalazła.
Byłam ciekawa co pisałam kilka…ładnych lat temu. Przeczytałam, pooglądałam zdjęcia, posłuchałam przy tym wspominkowej muzyki  (nie wiem, czy tak można, ale KLIK :) ten głos…) i ułożyłam pasjansa. Po czym schowałam równie dobrze do pudełka zamykanego na klucz wspomnień, by zapomnieć.

Ale… Nie byłabym sobą, granat został rzucony. I odrzucony :D odbezpieczyłam i rzuciłam raz jeszcze. Kto i kiedy usłyszy „Boom!”?
Czyli wysłałam kilka mejli w przyszłość, niech płyną sobie po falach internetów unoszone prądami… :) może kiedyś jakiś sztorm wrzuci je do Waszych skrzynek? ;)


Strasznie zaniedbani: blogasek, fb i ja otrząsamy się powoli z zimowego snu, odrzucamy tłuszczykową kołderkę i obmyślamy, co dalej.

W międzyczasie zapraszam na herbatkę.duszkiem.spijaną.

I’m fit

 

 

Długo oczekiwane nadejście wiosny (wiosny, a nie jakiejś popierdółki) nastąpiło, po półrocznej zimie można powiedzieć, że „wreszcie”. Wszystko budzi się do życia. Wracają też siły witalne uśpione na zimę, opatulone szczelnie trzema swetrami z dodatkową tłuszczową kołderką.
Jednak nic samo, do każdego działania musi być impuls- nawet do otrząśnięcia się z zimowego marazmu.

I tak, żeby nie być gołosłowną, od miesiąca hasam po fitnessach- to raz. Poświąteczne, wielkanocne przeżarcie i mentalne niedopinanie się w spodniach chowam na co najmniej rok do pudełka „zima”.
Sooo I’m trying to be fit :D maybe it’s time for you too? Za chwilę, mam nadzieję, nadejdzie słoneczne, gorące albo upalne wręcz lato. Ja będę przygotowana, nie dam się zaskoczyć. A Ty? Dwa tygodnie przed wymarzonym wyjazdem w egzotyczne zakątki świata, do mekki turystyki masowej, uzmysłowisz sobie, że jesteś w lesie i zaczniesz z mozołem robić brzuszki, pompki i przysiady. Ale zwątpisz po pierwszych zakwasach w mięśniach, o których istnieniu pojęcia nie miałeś/-aś. Dlatego też, oprócz w/w:

Przestałam słodzić herbatkę- to dwa.
Zaczęłam pić co najmniej 1,5 litra wody dziennie- to trzy.
Próbuję powstrzymywać się od wpierniczania słodyczy, zamiast tego jabłka i marchewki- to cztery.
Co prawda te trzy ostatnie punkty sprawiają, że przyjemność jest nieco mniejsza (herbatka cytrusowa bez cukru to chała), za to odkrywam inne smaki. Na odstawienie cukru mój organizm reaguje lepiej niż na odstawienie soli… Wiem, że wszystko z umiarem; odstawienie był stopniowe, powrót też powinien być. Ale nie-e, dzień dyspensy na czekoladę, a poziom cukru w organizmie szaleje i zwala z nóg, hiperglikemia jak się patrzy.

Od przyszłego tygodnia ruszam z wdrażaniem zintensyfikowanego planu treningowego :D
W I’m fit stanę się fit :D

A Wy myślicie już o przerzuceniu się z zimowych opon (chociażby tych mentalnych) na wersję light?
Odpowiadam od razu na jeszcze nie zadane pytanie: tak, mam bzika na punkcie wyglądu. Obsesja w najczystszej postaci.


Zapraszam na gofery i herbatkę ziołową na Solano Blog na fb

 

 

smak prawdy

Czytam teraz „Dobrego człowieka”; taka moja refleksja po przeczytaniu połowy książki to, że dobry człowiek, dobrym człowiekiem, ale w każdym tkwi chociaż gram skur***.
Powiedzieć można wiele, zrobić też; natomiast powinny istnieć jakieś, przynajmniej umowne, granice dobrego smaku. Takie wewnętrzne, w każdym z nas.

Wolność słowa, ok, niech będzie. Dopóki nie krzywdzi drugiej osoby. Słodko- gorzki smak prawdy.
Bez słowa komentarza przyjmę na klatę dużo, być może za dużo o to jedno przemilczenie. I kiedyś przyjdzie taki dzień, że tupnę i postawię się.
Bo hola hola! Można, ale bez przesady, dopiero uczę się cierpliwości, szybkiego liczenia do dziesięciu, by pohamować emocje i uśmiechania się, jak wariatka, do przeciwności, gdy sprawy nie idą po mojej myśli. Więc, proszę, bez nadużyć.

Co mnie tak burzy? Gadanie co ślina na język przyniesie, bez zastanowienia. A później przepraszanie. Czy nie łatwiej byłoby się zamknąć i spróbować nie oceniać?

Raz usłyszane słowa siedzą w mojej głowie, rozpamiętuję je, nie dają mi spokoju. I tak rodzi się bunt. „Przepraszam” tu nic nie zmieni.

Jestem w stanie zrozumieć bezpośredniość, mówienie prosto z mostu o tym, co leży na sercu, ale nie oszukujmy się- cienka granica dzieli to z chamstwem, które nie wiem jak ładnie by zapakować, niczym kwiatka dla teściowej, to jednak pozostaje chamstwem.

Mam w głowie, nadprogramowo, dwie diody: zieloną i czerwoną, Zapalają się one stosownie do sytuacji. I tak zielona świeci się non- stop, chyba że zapali się czerwona, co jest spowodowane tym, że:
- powinnam się już zamknąć, żeby się  nie pogrążać
- czuję się urażona tym, co usłyszałam
- kończy się mój poziom tolerancji alkoholu :p

Lubię te diody, ułatwiają mi życie. Szkoda tylko, że nie każdy je posiada. Wnioskowałabym o sprzedawanie ich przy kasach w supermarketach.
- O diody sterowane falami mózgowymi! Wezmę, może dzisiejszego wieczoru się przydadzą- pac opakowanie wielkości tik- taków do koszyka.


Jedna gorzka ziołowa herbatka ze znienawidzoną lukrecją to za mało. Potrzebuję takiej „duszkiem.spijanej”.


Zapraszam na herbatę na fb: Solano Blog

herbat.a

 

„Dość jest wszystkiego, dojść można wszędzie 

Ja nie wesoła, ale z kokardą,
Lecę do słońca, hej Leonardo,
A ja się kręcę, bo stać nie warto,
Naprzódplaneto, hej Leonardo

Diabełnie trzyma, targa za włosy,
Dokąd wariatko chcesz wyruszyć,
A ja gotowa, ja z halabardą,
Hej,droga wolna, hej Leonardo”
harcerski Leonardo motywem przewodnim.


Znowu ogarnia mnie chęć nie.do.opisania wyprowadzenia się na Księżyc.
Irracjonalnie. Trochę zachłannie.
Przywłaszczyłam- trzeba się odzwyczaić.
Herbata czarna myśli miała rozjaśnić.
Bez cukru, z sympatii.

Debaty, przy kubku herbaty.
Spijane duszkiem.
Basta?


Nie pytaj, co autorka ma na myśli.