od nowa

Kolejny raz zaczynam wszystko od nowa.
Budowałam, tworzyłam, Niszczyłam. Z dnia na dzień zostawiłam wszystko za sobą, bez pytań, bez wyjaśnień, bez refleksji. I znowu zaczynam od zera. Buduję, tworzę. Niszczę?

Dwa lata. Jakby to było wczoraj.

Laptopy nie latają :(

Niszczycielska moc sprawcza chodzi za mną od dwóch dni. Pech? Pewnie bardziej nieuwaga… Co by to nie było, z dnia na dzień zwiększa swój kaliber.

Przedwczoraj, zupełnie przypadkiem i niechcąco, strąciłam, nie swój, telefon na terakotę. I potłukłam :/ podobno dzięki temu, dzięki pajączkowi, rysom i brakom w szkle nabrał charakteru… Podobno.
A teraz zwiększamy skalę zniszczenia :) z wysokości ok. 1m zrzuciłam na podłogę swojego netbooka. Też niechcąco, zaplątałam się w kable, pociągnęłam. No, chwila nieuwagi. Za takie traktowanie złomek się zbuntował i nie może odnaleźć połączenia z mózgiem. Myślałam o wymianie na coś,  co nie będzie przypominało plastikowej zabawki, ale nie tak nagle.

Dziś boję się czegokolwiek dotykać… Samochód, co prawda,  spaść nie może,  ale przyciągnąć drzewo, jelenia czy rów już jak najbardziej tak. Blender, sztuka nówka… Tego wolałabym zachować w całości, by skończył swój żywot w jakimś jeszcze mniej odpowiednim momencie.

Na każdym kroku czyha tyle rzeczy do zepsucia :) na co teraz padnie? Nawet nie chcę o tym myśleć, ale pewnie będzie to równie spektakularne.


Poranna siła zniszczenia również na fb SolanoBlog

myśli zebrane jak kitka samuraja na czubku głowy

Ostatnio zadawałam dużo pytań. Nie dlatego, że byłam źle nastawiona, tylko dlatego, że chciałam posłuchać, co inni mogą mi powiedzieć o życiu. W tym czasie, oprócz tego, że zapierniczałam jak dziki osioł, starałam się obserwować, zapamiętywać, by później, w bliżej nieokreślonej „wolnej chwili”, móc usiąść przed Chameleonem i zapisać wszystkie te myśli. Chwila nastąpiła dziś, chociaż nie do końca pisanie jest tą czynnością, którą powinnam robić akurat w tym momencie. Jednakże problem odkładania nauki na później jest mi znany nie od dziś. Więc skoro już zebrałam pranie, posprzątałam, pozmywałam i prawie się spakowałam, i jedyną alternatywą serialu pozostał projekt realizacji prac obejmujących sporządzenie dokumentów dotyczących funkcjonowania Fabryki Bombek… Pomyślałam, że jeszcze chwila przed komputerem poświęcona pisaninie mnie nie zbawi.

Przez ostatnie pół roku jeżdżąc do pracy obserwowałam ludzi w autobusach. Znaczy, czasami. Najczęściej moja podróż, jak w Harrym Potterze, odbywałam się za pomocą świstoklika. Moim świstoklikiem jest Kindle. Wsiadałam, wyciągałam książkę i zanim zdążyłam się zorientować już lądowałam pod swoją pracą. Ale miało być o ludziach – ludzie bywają straszni.

Pracowałam dzielnie i wytrwale, moja praca była doceniana zazwyczaj pochwałą słowną. Bywała też ganiona, nie ja, tylko praca, która sama się nie wykonała, ewentualnie się przeoczyła. Rozwiązywałam sprawy, które od razu trafiały ze statusem „urgent! Na wczoraj”, uczyłam się różnych dziwnych rzeczy (czy do każdej lampy potrzebny jest oddzielny zasilacz?), przełamywałam opory przed rozmowami przez telefon. Ale…

Próbowałam dowiedzieć się i zrozumieć, co nas jara, kręci, podnieca. Tak ogólnie. Odkrywałam, że ludzie mają wiele różnych jobów. Każdy ma swoje nawyki, przyzwyczajenia, obsesje.

Czytałam. 21 książek w pół roku. + 3 książki, na których utknęłam:
- „Rok 1984″ Orwella
- „Ksenocyd” Carda, dalsze części Endera są ciężkie dla kogoś, kogo jednak sci-fi nie kręci
- „Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka” Cialdiniego, pomimo dobrych rekomendacji mając do wyboru dokończyć lub sięgnąć po coś innego – zawsze wygrywa ta druga opcja,

Wracałam z pracy i padałam na ryjek. Dorosłość jest głupia. Zakupy? Ee, może jeszcze dzisiaj nie muszę. Pranie? Tylko jak kończyły mi się sukienki. Spotkania? Naprawdę muszę? A może przyjedziesz do mnie? Fitness? Już zapomniałam… Zawsze tylko jedna myśl: „ludzie, dajcie wy mi wszyscy święty spokój! NIE-CHCE-MI-SIĘ!”.

Pomijając ludzi w komunikacji miejskiej, niektórych podziwiam. Że chce im się komuś dokopać. Ja wiem, typowa polska mentalność: „jest źle, ale Kowalski ma gorzej, za to Kwiatkowski, tego to nie lubię, jemu się powodzi”. Wesprzeć, nie znaczy dowalić, walnąć łopatą przez łeb i wbić nóż w plecy. Moich problemików naprawdę nie trzeba rozdmuchiwać do rangi walki o krzyż przed Pałacem Prezydenckim, poważnie.

Tematem na czasie jest świąteczna gorączka. Ludzie w galeriach handlowych zachowują się jak pojebani, wiem, sama latałam, szukałam bezużytecznych prezentów, stałam w kolejkach i serdecznie za to szaleństwo dziękuję. Pół godziny bezczynności w ogonku jak za komuny, jakby co najmniej rozdawali tam coś za darmo albo byłaby to kolejka na golfa… Jakaś masakra. Dobrze, że 90% prezentów dotarła już za pomocą mikołajowej poczty bądź mikołajowego kuriera. Podsumowanie, rachunek zysków i strat materialnych i moralnych, nastąpi po świętach.

Zebrałam część myśli, później, pojedynczo, będę je rozpuszczała. Chyba, że tak jak w przypadku Foto Wyzwania, zabraknie mi wytrwałości.
Aa, jeśli chodzi o wytrwałość :D jeśli w coś wierzę, albo sobie wymyśliłam, to dążę do tego, jestem w stanie wszystko podporządkować by osiągnąć cel. Ale gdy mi się nie chce… jedynym rozwiązaniem jest postawienie mi wyzwania. „Pewnie tego nie zrobisz…”, „Kto szybciej/ wyżej/ więcej/ dalej/ mniej…” itd. itd. Skutek murowany.

Zapraszam na świąteczną herbatkę i pierogi ze szpinakiem. Opowiem, co u mnie dobrego, żebyś mógł pozazdrościć ;) Narzekać nie będę, bo mimo tego, że zamierzam walczyć z wiatrakami o sprawiedliwość, jest u mnie zajebiście. Herbatą poparzysz sobie język, zostawisz w pół nadgryzionego pieroga i uciekniesz.
A szkoda. Od kiedy wychodzę z założenia „miej wy***, a będzie ci dane” życie jest naprawdę prostsze i przyjemniejsze.

jest tu jakiś cwaniak, co mi odpowie?

Ile wiary jest w człowieku? Ile nadziei? Ile pragnień? Marzeń? Życzeń? Mrzonek?
Ile siły masz w sobie? Ile czasu przeznaczysz na coś, w co wierzysz, a ile na walkę o to? Ile zniesiesz nim się poddasz?
Ile zdołasz unieść? I ile jest w Tobie determinacji, chęci walki i żądzy wygrywu?

Odpowiedz mi. Może wiesz.

Kiedy jak nie teraz? O potrzebie zmian

W ciągu kilku minionych tygodni głównym tematem książek, które czytam, rozmów, które prowadzę i rozkmin, które są naturalnym następstwem, są zmiany.

Małe i błahe albo całkiem duże i całkiem istotne. Jakie by nie były- powodują mnóstwo obaw, wątpliwości i dylematów. Chęć zmian rodzi frustrację, bo jest blokowana przez wrodzone „co się polepszy, to się spieprzy”.

Sama też tkwię w jednym punkcie. Tłumaczę sobie, że wcale nie jest tak źle, że zawsze mogło być gorzej. I że skoro jest znośnie, to może bzdurna jest chęć zmian.

cdn…