Laptopy nie latają :(

Niszczycielska moc sprawcza chodzi za mną od dwóch dni. Pech? Pewnie bardziej nieuwaga… Co by to nie było, z dnia na dzień zwiększa swój kaliber.

Przedwczoraj, zupełnie przypadkiem i niechcąco, strąciłam, nie swój, telefon na terakotę. I potłukłam :/ podobno dzięki temu, dzięki pajączkowi, rysom i brakom w szkle nabrał charakteru… Podobno.
A teraz zwiększamy skalę zniszczenia :) z wysokości ok. 1m zrzuciłam na podłogę swojego netbooka. Też niechcąco, zaplątałam się w kable, pociągnęłam. No, chwila nieuwagi. Za takie traktowanie złomek się zbuntował i nie może odnaleźć połączenia z mózgiem. Myślałam o wymianie na coś,  co nie będzie przypominało plastikowej zabawki, ale nie tak nagle.

Dziś boję się czegokolwiek dotykać… Samochód, co prawda,  spaść nie może,  ale przyciągnąć drzewo, jelenia czy rów już jak najbardziej tak. Blender, sztuka nówka… Tego wolałabym zachować w całości, by skończył swój żywot w jakimś jeszcze mniej odpowiednim momencie.

Na każdym kroku czyha tyle rzeczy do zepsucia :) na co teraz padnie? Nawet nie chcę o tym myśleć, ale pewnie będzie to równie spektakularne.


Poranna siła zniszczenia również na fb SolanoBlog

mini.autko

„Latam, gadam- pełny serwis”

Czyli jak Speedy Gonzales z trasy trafił na OIOM z podejrzeniem nadmiernej przepustowości układu oddechowego, a także arytmią i zadyszką, a następnie na Oddział Transplantologii.

Po 4- godzinnej operacji bardzo szybko doszedł do siebie, gotowym ponownie być pojazdem multifunkcyjnym: miejsko- terenowo- trasowym z opcją samochodu dostawczo- przeprowadzkowego:D

Posiadającym psychiczne koło zapasowe. Fantastycznie jest się dowiedzieć, po przejechaniu 1600 ka-emów, że koło zapasowe nie jest ‚od kompletu’ i całkiem prawdopodobne, że nie będzie pasowało :D

Gdańsk

Biała Strzała została przemianowana na Speedy Gonzalesa :D ale nie na długo… 

W drodze do miejsca, którego nie ma na mapie, zawitałam do Gdańska. Sobota, 7.40, idealny czas na krótkie zwiedzanie. Można by uznać, że weekendowe zwiedzanie Polski przybrało charakter „tropami stadionów”, jednak wcale tak nie było.

Punkt pierwszy: wooow! Statki! :D

I pierwsze zaskoczenie tramwajami na środku ulicy. Oraz dziurami w drogach tak wielkimi, że cała Biała Strzała się mogła zmieścić :D

Punkt drugi: Westerplatte, po drodze wjeżdżając na plac budowy
Godzina 8.00, budki i straganiki się rozstawiają, natomiast pan parkingowy jeszcze nie rozpoczął pracy. Toalety również zamknięte na 4 kłódki. Siła wyższa :D

Niestety, okolice Westerplatte pokonały Speedy Gonzalesa… wpadł w dziurę i odtąd nic już nie było tak jak powinno, jednak dzielnie przejechał jeszcze 600ka-emów zanim udał się na oddział transplantologii.

Punkt trzeci: oo! Chcę to zobaczyć! Zawsze jak pokazują pogodę
w tvn24 z Gdańska, to właśnie z tego miejsca :D

Obowiązkowo Neptun i ‚plenerki- szpanerki’, że się było. Ogółem 116 sweet foci w trochę ponad 2h :D nie ma to tamto :D


Punkty cztery- nieskończoność pozostają do zobaczenia następnym razem, w tym obowiązkowo rejs Czarną Perłą (:D)
i cała Oliwa ze wszystkimi atrakcjami :D Może park linowy? :)

(Edit 14.01.2013: pierwsza wizyta w parku linowym (Poznań) zakończyła się na pogotowiu, druga (warszawskie Bemowo) postanowieniem „nigdy więcej” do następnego razu)

Po skondensowanym zwiedzaniu turystycznych standardów nadeszła pora, by ruszać dalej, podobno nad morze (jeżeli przyjąć, że ‚nad’ to 4km), do Lubiatowa*, które jest 7km od Choczewa, które jest pod Wejherowem :D

*jeżeli jeszcze kiedyś wpadnę na równie genialny pomysł, to proszę z całą stanowczością mi go wyperswadować

Tam przywitała mnie ulewa, zapach knura i ryb :D a także pierogi
z jagodami, kiełbacha z grilla oraz pianki marshmallow.
Hasłem przewodnim, po obejrzeniu odcinka amerykańskiego ‚wipeout’ stało się „masz makrelkę”, a motywem- rozsypanki wyrazowe np. „lody ochotę macie na?”

Nie mogło zabraknąć spaceru brzegiem morza i kolejnych 39 zdjęć, a także filmiku jak Zoś wita się z morzem :D

 

W drodze powrotnej nie obyło się bez atrakcji, takich jak: naleśniki w Grudziądzu (chociaż obiad miał być u Kopernika w Toruniu), gps prowadzący nas polnymi i leśnymi dróżkami, a także burza w Płocku oraz konający Speedy Gonzales.

Poznań


 

Poznań rozpoczyna wakacyjne weekendowe zwiedzanie Polski 

Piątek, dzień 1
Po długich godzinach debat, którędy jedziemy i jak uniknąć autostrady i okolic Łodzi pojechaliśmy przez Sochaczew, Łowicz, Głowno, Stryjów, a stamtąd prosto A2 do Poznania. Czyli wszystko źle :D
„Dróżka” była bardzo przyjemna, relatywnie mało „mobilków”, brak kolein, dobre oznakowanie zjazdów (aczkolwiek przydałoby się coś bardziej konkretnego niż np. Poznań Wschód, co ludziom spoza i tak nic nie mówi). Co jakiś czas, na wiaduktach, były termometry, 35-37st… Autko bez klimy… Ale co tam :D
Biała Strzała bez marudzenia żwawo mknęła z zawrotną prędkością, wprawiającym tym faktem w osłupienie innych kierowców.



Wiecie co to jest warszawska nanosekunda? Pewnie tak, żarcik stary jak świat. Ale czy wiecie, co to jest nanosekunda na autostradzie? Jest to czas jaki upłynie zanim kierowca mercedesa zorientuje się, że właśnie wyprzedziła go Biała Strzała :D 

Pierwsze wrażenia z Poznania: o, jak tu przestronnie. Wrażenie to towarzyszyło mi przez cały pobyt tam.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Starego Miasta i rozwiązania questu. Co prawda na poziomie 9-latka, ale za to zwraca uwagę na detale, które prawdopodobnie minęłabym bez większych emocji. I tak wiecie ile strun ma lira Apollina? :) Ja już wiem, sobie policzyłam :D



Następnym punktem programu było Jezioro Maltańskie. Zaskoczył mnie tak duży obiekt wodny w samym sercu miasta, wsparty dobrze zorganizowaną infrastrukturą techniczną. Na jednym brzegu jeziora jest trasa kolejki wąskotorowej „Maltanka”, zoo,
a także aquapark, natomiast na drugim brzegu są knajpki, mini-golf, park liniowy, a także kąpielisko i miejsce wylegiwania się ludzi :D 



Wieczorem poszliśmy do kina plenerowego, właśnie na Malcie.
A kolejne 2h walczyliśmy z komunikacją miejską, która połączyła swe siły, aby utrudnić powrót do mieszkania. Fenomenem komunikacji jest to, iż w dzień autobusy i tramwaje co chwila przykucają na przystankach, które są zlokalizowane bardzo blisko siebie, natomiast w nocy, nie dość, że autobus dobry, tylko kierunek nie ten, to jeszcze pokonuje niespotykanie duże odległości, zanim znowu przykucnie (znaczy się- zatrzyma. Przykucanie jest zarezerwowane dla transportu w dzień). Upalny dzień zakończył się wszechpotężną burzą :D

Sobota, dzień 2
Dzień rozpoczął się o godzinie 9, od ‚przygotowania do wyjścia’: fryzura, make-up. Niespodziewanie zrobiła się 12 i trzeba było się spieszyć :D Głównym bohaterem dzisiejszych zdjęć jest butelka wody, a także moja misternie zapleciona korona.




Miasto jest urocze, bardzo przyjazne turystom, natomiast ja przeżywałam tam istne katusze przestrzenne; zazwyczaj miejsce docelowe było w przeciwnym kierunku niż ten, gdzie zamierzałam iść :D
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Ogrodu Botanicznego na Końcu Świata:D następna w kolejce była Palmiarnia. Zamek Cesarski wraz z całym kompleksem zostawiamy na ‚następny raz’, tak samo jak Rezerwat Archeologiczny wraz z całym Ostrowem Tumskim; zabrakło czasu… 

Wieczorem poszliśmy do greckiej restauracji Artemis (restauracja brała udział w programie „Kuchenne rewolucje”, fajnie było zobaczyć program, a następnie prawdziwego Greka na żywo).
W roli głównej wystąpił łosoś (chociaż mało grecko mi się kojarzy) z frytkami i sałatką (jak ja nie cierpię oliwek! :D), na deser była chałwa z lodami w posypce z orzechów. Dobrze, że o pustych kaloriach myślą inni, dzięki temu miałam przyjemność z jedzenia. Muszę przyznać, że się nafutrowałam niesamowicie :D



Po kolacji miało być zwiedzanie miasta z przewodnikiem, wyprawa pt. „Zmroczna wycieczka” zapowiadała się fajnie, jednakże znowu rozpętała się burza…

Niedziela, dzień 3
Na niedzielę mieliśmy zaplanowaną wyprawę do parku linowego Pyrland :D niestety, ze względu na rodzaj aktywności, nie było możliwości zabrania aparatu anu telefonu, zdjęcia pochodzą ze strony Pyrlandu. Założenie uprzęży i szkolenie z poruszania się po parku było pestką w porównaniu z tym, co zastaliśmy „na górze” :D Pierwsza przeszkoda, a Zoś oblewa zimny pot, gdy uświadamia sobie, że nie za pewnie czuje się kilka metrów nad ziemią przyczepiona jedynie karabinkiem do liny. I to nie jest lęk wysokości :D
Moc uprzęży i zabezpieczenia wykorzystałam na przeszkodzie, która wymagała użycia mięśni, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Przy pierwszym oczku ‚sieci’ doznałam szoku :D później wycwaniłam się, uwiesiłam się na uprzęży odciążającym tym samym i ręce i nogi



Reszta przeszkód była o różnym stopniu trudności, jednak wszystkie w bardzo podobnym stylu. Pierwsze dwie były najgorsze, ponieważ człowiek nie był przyzwyczajony do takiej wysokości i rodzaju zachowania. 

Drugą atrakcją był zjazd tyrolką… :D Właściwie to dwa zjazdy. Pierwszy, po uprzednim wspięciu się na niebotyczne wysokości był fajny. Natomiast drugi… długo będę pamiętała. Rozpędzona Zoś ma sekundę na podjęcie decyzji, nie zjeżdża przodem do kierunku jazdy, buja się na linie, w ostatniej chwili przed kontaktem
z drzewem przekręca się i z impetem uderza plecami w zawieszony na drzewie materac, a następnie, próbując wylądować, kopie
w materac leżący na platformie, który na domiar złego się zawinął. Pierwsza myśl i słowa: „złamałam sobie palec”…

Tak kończy się przygoda z Poznaniem :D


po prześwietleniu okazuje się, że jednak nic mi nie jest, zwykłe stłuczenie i trochę paniki :D

Lekarz powiedział, że do wesela się zagoi, a że uspokojona już pacjentka (że nie zostanie zagipsowana) odzyskała rezon, ośmieliła się zażartować, że wesele jest za tydzień :D

wahacz nastrojów

Determinuje, czy na mej twarzy jest uśmiech/ złość/ bezsilność.
Determinanta emocji. Humorów. Nastrojów.
Odpowiedzialna za ich zmiany.
Wahania. 

Wahacz.
.samochodowe słowo.bardzo mi się spodobało.